Dla niektórych to czas depresji, zaczęcia szkoły ( :) ) , rozstań, zmian i wszystko co da się wymyślić. Dla mnie to czas szczególnego skupienia się na nauce, bo matura nadchodzi wielkimi krokami, ciągłego myślenia o mojej miłości, ale i pracy nad sobą.
Pewnie nie jedna/jeden z Was czasami miał takie myśli, które go nękały, że coś się zrobiło kiedyś źle i że to może się odbić na Was w jakiś sposób, coś w stylu karmy. Otóż mnie to akurat nie dotyczy, bo od jakiegoś czasu stosuję metodę - ile dobra dasz komuś/czemuś z siebie, tyle dobra do Ciebie wróci. Staram się przekazywać jak najwięcej pozytywnej energii (oczywiście miewam chwile załamania, gdzie mówię, że wszystko jest do dupy i wszystko dookoła jest złe i fu! ) , pomocy innym, podtrzymywać tymczasem swoją drugą połówkę, bo przecież jesteście teraz jedną całością.
W mailach zadajecie mi pytania, czy jest sens wchodzić w związki "na odległość", jak dajemy sobie radę, czy nas to nie boli... Kochani, teraz przeczytajcie uważnie to, co napiszę: Moim zdaniem, jeśli kogoś się pokochało, zaczyna się czuć przysłowiowe "motylki w brzuchu", jeśli wszystko dookoła się nie liczy i bez tej osoby patrzysz na świat w szarościach, a nie w barwach = oczywiście, że jest sens. Nie wolno skreślać kogoś na starcie za to, że mieszka pare kilometrów od siebie, bo kilometry to tak na prawdę żaden dystans, jeśli się chce! No chyba że jesteście dopiero na etapie "poznawania się" np. hej jaki kolor jest twój ulubiony? to raczej wiadomo, że bez sensu jest robić sobie plany dotyczące tej osoby.
Jak my sobie z tym radzimy... Jakoś. Dużo piszemy, mówimy sobie co czujemy, UFAMY SOBIE*, staramy się często ze sobą rozmawiać (akurat w naszym przypadku rzadko się to sprawdza, przez co Oskar się gniewa, bo mi się coś ubzdurało w głowie, że zawsze trafię na zły moment dzwonienia i on akurat w tej chwili będzie zajęty, KOBIETY.), dzielimy ze sobą życie, nie mamy przed sobą tajemnic, a jak juz dojdzie do zgrzytu, to staramy się nie iść na noże, tylko załatwić to najprościej w świecie - szczerą rozmową*.
*Ufać sobie to jak dla mnie podstawa podstaw związku. Jeśli się nie daży swojej drugiej połówki tym "uczuciem" (nie mam pojęcia jak to określić), to mogę powiedzieć od razu, że to się nie uda. Będziesz siedzieć w rogu łóżka z kubkiem kawy albo puchą z energetykiem, słuchać dołujących piosenek i odbiegać myślami, budzić podejrzenia (które żyją tylko w twojej głowie!!), bez sensu się zamartwiać. Wiadomo, ja czasami też przesadzam i robię wielkie sceny jaka to ja jestem zła i wściekła na mojego misia za to, że coś tam, ale tak od czasu do czasu trzeba sobie zrobić głupotkę.
*Szczerą rozmowę również uważam za wcześniej wspomnianą podstawę. W ogóle zauważyłam, że ludzie mają problemy z mówieniem tego co czują, z pisaniem tak nie, ale z mówieniem to kompletna klapa, a uwierzcie mi na słowo, że ta druga osoba bardzo potrzebuje być utwierdzana w przekonaniu, że jest dla Was całym światem. Musicie ze sobą rozmawiać, mówić co Wam nie pasuje, a co tak, starać się naprawiać to co się psuje, słuchać siebie nawzajem, nauczyć się iść na kompromis, tłumaczyć sobie dużo rzeczy. Myślę, że dzięki temu to powinno się udać.
Wszystko to mówię jakbym była jakimś Masterem od związków, wcale tak nie jest, ale już z kwestią czasu, tych "związków" wiem, co robiłam źle i staram się tego nie powtarzać. Chcę być najlepszą dziewczyną na świecie i żeby On nigdy nie musiał na mnie narzekać i mówić "Jezu, to znowu ona".
Dziękuje Wam za te wszystkie wiadomości! To daje mi dużo energii do pisania i pomimo tego, że ten blog nie jest bardzo jakoś popularny to nawet mnie to cieszy, bo są tutaj ze mną naprawdę wspaniali ludzie, którym chcę pomagać. Hm, za te negatywne też dziękuję, zawsze wnoszą chęć poprawki i dążenia do bycia lepszym, jak wspomniałam ;)
Jeśli tu dotarłeś/aś to naprawdę Cię podziwiam i gratuluję!
Do następnego,
~W.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz